Marcin Świetlicki złapie cię za cycki! 2008-12-03 11:41:10

Podkradłem tytuł Kamoli (pewnie nawet nie wie, że coś takiego wymyślił kiedyś), bo nic śmiesznego mi się z poetą i prozaikiem krakowskim o pochodzeniu lubelskim, czyli Marciniem Świetlickim nie kojarzy. Sam Kamol zresztą krótką tę dykteryjkę zna, gdyż był jej świadkiem.
A było to tak, jak powiedziałl szpak...
Umówion i przygotowan na wywiad z imć poetą, udałem się do Hadesu na wieczór literacki tegoż. Salę zapełniały chichoczące studentki pierwszych lat polonistyki na KUL-u, które sikały w majtki na widok swojego młodego i ładnego profesora, który był jednym z prowadzących wieczór i starego i brzydkiego poety, który był owego wieczoru głównym bohaterem. Napisał był on bowiem książkę najnowszą, ostatnią część trylogii, o której się mówi, że jego najlepszą jest (nie wiem czy to prawda, tylko pozostałe części czytałem). Studentek była mnogość, znalazło się też kilku młodych lubelskich intelektualistów ubranych w obowiązkowy czarny uniform. Ja i Kamol też chyba byliśmy zresztą na czarno, w końcu tak trzeba, jak się na wieczór literacki z poetą przychodzi.
Oczekując na wywiad przysłuchiwałem się wywodom wydawcy Świetlickiego i panegirykom na cześć jego twórczości, napisanym przez profesora. Napisanym bardzo dobrze, choć metafora jedenaście jako "cyfry przeklętej, bo poza pełnią i przed pełnią, czyli dziesiątką i dwunastką" wydała mi się wyssana z profesorskiego palca i nieco pretensjonalna. Ale co innego samemu czytać esej literacki na temat prozy, co innego słuchać, jak czyta go autor. W tym drugim przypadku odbiór jest gorszy, bo nadmiernie poważna interpretacja własnych słów szkodzi im nieco.
Tak, cz owak: dziewczęta chichotały, poeta je lekko kokietował, a wydawca robił mu dobrze oralnie, zadając pytania łatwe i przyjemne. Co nie jest naturalnie zarzutem, bo co miałby niby innego robić?
Ale w pewnym momencie wydawca ów zapytał poetę o Lublin i ze złośliwym uśmiechem podał mu do odczytania mój artykuł z piątkowego wydania "Kuriera Lubelskiego", w którym to dość łagodnie (jak na mnie) ironizuję, że lepiej byłoby dla poety, gdyby w Lublinie mieszkał. A że manipulant ze mnie troszki, przeto w tytule dałem "Zdrajca Lublina", co by gawiedź zainteresować i do przeczytania zmusić. W nadtytule zaś napisałem, ze Świetlicki nie jest matematykiem i że mu się kolejność tytułów pomyliła. I tytuł inadtytył były oczywistym haczykiem na czytelnika. I o ile nadtytuł mówił prawdę, bo autor matematykiem nie jest, to tytuł był jeno zaczepką, prowokacją, szujką, jokiem i nic na serio. Ale, jak widać, poruszyłem wrażliwą Świetlickiego strunę, gdyż poeta zirytował się nieco i stwierdził, że nie mieszka W Lublinie, bo go nie zna i począł ironizować na ten temat. W końcu odczytał artykuł wstawiając w miejsce swego nazwiska Adam Mickiewicza, bo jego zdaniem, każdy z postawionych przeze mnie w tekście zarzutów i wieszczowi można przypisać.
Że jakeś zarzuty stawiam, nie wiedziałem, wiedziałem za to, że krakowski pisarz ma poczucie humoru i dystans dop siebie, ale nie wykazał się nim tym razem. Oczywiście, napisałem, że twórca Lublina nie podobno nie lubi, co wiedziałem ze stuprocentową pewnością, a co okaże się później. Potem jednak pozwoliłem sobie na kilka lekkich żartów (np. że w Lublinie mielibyśmy dzięki jego twórczości turystów itp.), ale nawet żona ma - mój krytyk najostrzejszy - nie zauważyła tu wiele sarkazmu i wbijania szpil.
No, ale Świetlicki vel Mickiewicz w sposób spektakularny i zmyślny, przyznaję, odczytał artykuł ku uciesze publik i mojej (bo mi się zdarza dystans do siebie mieć, a "prawdziwa cnota krytyk się nie boi") i skonkludował to stwierdzniem, że nie można komuś zarzutu robić z tego, że mieszka tma gdzie mieszka. Obecny obok Marcin w trakcie odczytu ubaw miał jeszcze większy ode mnie, a obydwaj zastanawialiśmy się, jak pójdzie mi wywiad.
Po tym, gdy Świetlicki podpisał już wszystkie książki podszedłem do niego z uprzejmą prośbą, że wywiad, że na chwilę itp.
I gdy już zasiedliśmy do stolika, przedstawiłem mu się z imienia, nazwiska i gazety. Na co ten zareagował zdziwnieniem i słowami: "Aaaa, to Pa ten tekst napisał?!".
Odpowiedziałem mu uprzejmie, że owszem i przerwałem mu dalsze tłumaczenia, mówiąc, że po pierwsze dziękuję, po drugie mam małe pretensje,a po trzecie dziwie się.
Dziękuję za reklamę tekstu.
 Pretensje mam lekkie, że nie podał mojego nazwiska.
 Dziwię się zaś, że on, człowiek obdarzony poczuciem humoru, nie załapał za grosz nutki ironii.
Na co ten zaprzysiągł się, że "skąd, że załapał, że on nie traktuej tego śmiertelnie serio itp.".
Odparłem, że "dobra, dobra...", bo co innego można powiedzieć.
Dodał również, że gdyby artykuł był nijaki i przezroczysty, to rzeczywiście, nie zwróciłby nań uwagi.
 Tu stwierdziłem, że po to właśnie piszę teksty nieprzezroczyste i że tym razem się udało, po czym kontynuwoałem rozmowę, już nagrywając ją na dyktafon. Swoją drogą przy pierwszym pytaniu poeta zagiął się po raz drugi, co sprawiło mi niemałą satysfakcję, jako że Świetlicki słynie z dość olewczych odpowiedzi i zaginania dziennikarzy, a i mały odwet za podśmiechujki z mojego pisania sobie wziąłęm. Ale to już do przeczytania w wywiadzie.
Po rozmowie pomyslałem sobie, że tak to jest, jak traktuje się pewne rzeczy zbyt serio, lokalną gazetę ma sie za twór postpeerelowski, gdzie humor nie zagląda, a dzienniakrza za podstarzałego redaktora, który szuka sensacji i prezentuje święte oburzenie.
Bo dam sobie każdy członek ciała uciąć, że Świetlicki tak właśnie pomyślał. I że ni chu chu nie spodziewał się, że autor tekstu może być na sali, o tym, że za chwilę poprosi w wywiad nie wspominając.
Teoria ma jest taka, że oprócz tego stereotypu dziennikarza (niedawno ukułem sobie dwuznaczne powiedzenie, że najgorszą prasę mają dziennikarze) Świetlicki na punkcie swojego pochodzenia jest lekko przeczulony, ze względu na tatę regionalistę i nie do końca wyrugowany obowiązek kochania ojczyzny swej. Ale to domorosła psychoanaliza, może w rzeczywistości najzwyczajniej w świecie, autor nie załapał dowcipu. Zdarza się.
Wywiad (udał się całkiem, całkiem) w następny piątek.

skomentuj (4)

Panie, nie chcę być pana kolegą! 2008-11-19 14:24:20

Witkacy powiedział kiedyś krótko, zwięźle i celnie: „nie będzie prawdziwej krytyki sztuki w kraju, gdzie krytyk z artystą razem wódkę piją”. I od czasu, kiedy osobiście zacząłem „bezpodstawnie krytykować innych i opluwać ich jadem”, boleśnie mi się ta prawda przypomina. Bo gdzie, jak gdzie, ale w tak małym środowisku, jak lubelska scęna ąrtystyczna, gdzie krytyk z muzykiem nie tylko wódkę i piwo pije, ale i interesy kręci, coś takiego jak rzetelność i obiektywizm krytyka był jakimś mitem. Albo raczej anegdotą. Bo z jednej strony dziennikarze woleli mieć święty spokój, niż zganić artystę (którego znają przecież od lat) za tandetę, a z drugiej muzycy przyzwyczaili się do sytuacji, w której dziennikarz (którego znają przecież od lat) głaszcze ich i chwali na zasadzie koleżeńskiej współpracy.
Ja nie chcę być niczyim kolegą.
Może to i naiwne, ale wolę pozycję, którą w Almost Famous zajmuje Lester Bangs: „możesz znać muzyków, ale nie wolno ci się z nimi przyjaźnić”. Bo stracisz czujność, werwę i obiektywizm. W końcu New Musical Express (takie muzyczne pismo w UK) nie bez powodu czyta się w skrócie NME (enemy), czyli wróg. Bo wróg jest w tej komfortowej sytuacji, że może chwalić i miażdżyć, ale zawsze z czystym sumieniem i zawsze jego opinia będzie się liczyć.
Niestety, w mieście mym taka sytuacja to dziwoląg niesłychany i rzecz niedopuszczalna. Rozpuszczeni latami wchodzenia sobie w tyłki na jakiekolwiek słowa, które nie opiewają ich twórczości reagowali alergicznie i histerycznie. Zarzucali mi spisek przeciwko ich osobie, robienie z nich idiotów albo bardziej dosadnie, „zwykłe skurwysyństwo”.
Aj dont ker. W końcu jeśli mi wolno krytykować innych i mi za to płacą, to i innym mnie (choć za darmo). Szkoda tylko, że w takiej formie, ale trudno...
„Niech nienawidzą, byle się tylko bali" - zacytuję ochoczo Kaligulę.
Kaligula
Co prawda, dziwi mnie wciąż, że artyści oburzają się na krytyków - bo niby z jakiej racji mają być nietykalni?  Ale pal to sześć. Michael Palin był nazywany „najostrzejszym piórem w mieście, maczanym w jadzie”, a na Bangsie wieszano psy co i rusz. I proszę, jak daleko zaszli.  Bo każdy dobrze wie, jak bardzo czytelnicy lubią wyraziste opinie i jak bardzo słowo pochwały dewaluuje się w ustach tego, który chwali wszystko jak leci.

skomentuj (6)

Jeeeesień, jeeeesień... 2008-10-23 07:57:28

Liście, śladem gospodarki, lecą na łeb, na szyję. Znaczy: jesień podstępnie przypełzła. Wyssała wszystkie kolory, tylko szarości nie przełknęła, przez co każdy poranek wita mnie gustowną szarzyzną sąsiedniej kamienicy.

Na szczęście nie jest to ani Jesień Średniowiecza, ani jesień życia, w każdym razie mojego.



skomentuj (0)

Diabli nadali 2008-08-17 12:41:07

To był gorący dzień w Toruniu. Dosłownie i w przenośni.
Ojca Dyrektora od rana zasypywały setki listów, podań i druków, rozbrzmiewały dziesiątki dzwonków telefonów, potem audycja w radiu, bo trzeba było maluczkich życia nauczać...Słowem: prawdziwe piekło.

- Ojcze dyrektorze, ojcze dyrektorze!! - młody ksiądz właśnie wdarł się do gabinetu, zapominając z rozpędu zapukać w dębowe drzwi. - To oni, wracają, wracają!!!
O.D. poderwał się na równe nogi, aż spadły mu okulary.
- Kto, Żydzi? Masoni? Mówże, trzeba larum podnieść, kraju przed plagą bronić!!! - krzyczał duchowny.
- Nie, szataniści! - młody ksiądz pokazywał na trzymaną w ręce kartkę.
- To co mi dupę zawracasz - machnął ręką zrezygnowany O.D., klapnął na skórzany fotel i podniósł okulary. - Co i rusz się jakieś dziadostwo pojawi, jak nie mają pejsów, to mało mnie to obchodzi.
Młody stał jak wryty. Takiej reakcji się nie spodziewał, sądził, że O.D. wyda przynajmniej nakaz jakiejś małej krucjaty, a tu nic...
- Ale jak to? - zapytał prawie płacząc. - Hydra swój łeb podnosi, świat się kończy, moce ciemności zalewają Polskę, jak to? - niedowierzał.
- Hydra, śwydra - odparł ze zniecierpliwieniem O.D. i wyciągnął rękę po papier. - No dobra...S'thrash'ydło? Ciechanów? Ki diabeł? - mówił sam do siebie, czytając naprędce. - O, a to jakiś festiwal, rozumiem. Przyjadą, drzeć się będą, ci, no, mietalowcy. Wstyd normnalnie, że władze miejskie na takie głupoty pieniądze wydają. 40 tys. zł! Zamiast jakiś pomnik postawić. Już nawet nie musi być mój, nawet niech jakiś święty będzie. O! Ale widzę, że protest jest, że komuś zależy. „Apelujemy o niedopuszczenie do organizacji tej imprezy. Uważamy, że przyniesie ona więcej szkód niż korzyści zarówno uczestnikom, jak i miastu (...) Warto też wspomnieć o wpływie muzyki metalowej na słuchaczy. Dla człowieka poziom 80 dB (decybeli) jest progiem, od którego głośność dźwięku zaczyna być nieprzyjemna, natomiast powyżej 90 dB staje się szkodliwa. Na koncertach metalowych głośność muzyki dochodzi nawet do 110-120 dB. Element stylowy - beat ma znaczny wpływ na kondycję człowieka. Wywołane przez gitary basowe niskie tony z dodatkowym beatem powodują szereg zmian w płynie rdzeniowo-kręgowym. To z kolei bezpośrednio wpływa na gruczoł śluzowy, który kieruje wydzielaniem hormonów.” ** - brawo!
Tu wtrącił się młody kapłan, mimo, iż liczył się z ryzykiem ochrzanu.
- Są tam ludzie dobrej woli: dziennikarz Robert Tekieli, ks. Dariusz Oko, Dariusz Hryciuk z Centrum Przeciwdziałania Psychomanipulacji. Działają, dzielni są, chcą zdeptać, ukręcić żmii łeb, za długie włosiska ją wytargać... - zapalił się. Mówiąc wykonywał rękami sugestywny gest ukręcania żmiji łba.
- Co wy bredzicie młody? Żmija włosów przecież nie ma! - zirytował się O.D.
- A w "Rzeczpospolitej" też pięknie napisali, zacytuję Ojcu Dyrektorowi: ""Rzp": Czy muzyka połączona z przekazem treści satanistycznych może być niebezpieczna?
Marcin Zarzecki, socjolog religii z UKSW: - Tak. Już od starożytności wiemy, że muzyka ma moc przekonywania. Może być zatem nośnikiem treści ideologicznych. Satanizm zachęca często do czynienia zła i łamania prawa. W krajach skandynawskich istniała swego czasu organizacja terrorystyczna stawiającą sobie za cel niszczenie kościołów. Założyli ja właśnie muzycy blackmetalowi"**
O.D. uśmiechnął się z zadowoleniem i wskazał palcem na komputer. - Siadaj i pisz. Poprzemy protestujących, a do władz Ciechanowa napiszę, że obcym idolom służą. Zaapeluję też do słuchaczek, do naszego wiernego legionu i zobaczymy co wyniknie. I tyle. A potem przynieś mi notowania giełdowe, podobno hosanna ma nastąpić...





***

To był gorący dzień w Ciechanowie.
Jarek vel Mordor, basista thrashdeathkurwametalowej kapeli Abblativus obudził się z potwornym bólem głowy. Szybko zebrał myśli: koncert, piwo, impreza, piwo, ognisko, piwo, dom kumpla, piwo...tyle. Więcej nie pamiętał. Żeby odświeżyć umysł sięgnął po omacku po puszkę "Wojaka". Wymagało to od niego nieludzkiego wręcz wysiłku, ale dopiął swego. Piwo było ciepłe i to go początkowo zniechęciło. Zastanawiał się nawet, czy warto. Jednak po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że największą zaletą piwa, było to, że było piwem, co ostatecznie przekonało go do zrobienia "klik" zawleczką.
Syk otwieranego browara poderwał na równe nogi Maćka vel Dark Lorda, wokalistę thrashdeathkurwametalowej kapeli Abblativus.
- Daj - wymamrotał bezsilnie wyciągając rękę. Podobnie jak Mordor, nie oszczędzał się wczoraj.
Kilka łyków moementalnie poprawiło mu humor i przywróciło siły witalne. Mógłby góry przenosić, mógłby drzewa z korzeniami wyrywać, mógłby nawet do "Biedronki" po zgrzewkę pójść.

- Ale był koncert! Ósma edycja i tyle ludzi! Normalnie zajebiście - rozpromienił się na wspomnienie występu. - No i jaka organizacja. Psychoart pokazał klasę. A jak się te baby w moherach przed wejściem na scenę przyczepiły! Siwy dostał chyba od jednej po łbie torebką, nie?
Niestety, leżący obok siwy, perkusista thrashdeathkurwametalowej kapeli Abblativus, nie był chętny do responsu i nie mógł zweryfikować bądź sfalsyfikować tej informacji. Spał bowiem w sąsiednim łóżku, chrapiąc w najlepsze.
- Mnie też zaatakowały, ale olałem je - powiedział z dumą Mordor, choć wiedział, że kłamie. W głębi ducha bardzo się bał, żeby mohery nie zepsuły mu basu, który rodzice kupili mu na 18 urodziny. Obawiał się też, że babcie go tam na dół, pod scenę wciągną i łomot spuszczą, tak jak kiedyś jego babcia Helenka mu taki spuściła, kiedy był mały i zgubił jej kopertę z rentą, choć przecież nie chciał.
- S'thrash'ydło rządzi - oznajmił nagle wszem i wobec Dark Lord, beknął i wypił kolejny łyk piwa.
- No - przytaknął Mordor i dołączył do kolegi w akcie dopijania piwa. - I pomyśleć, że chcieli to odwołać, bo się jakimś palantom z satanistami pomyliło. Pfff, mam gdzieś i szatana i te ich katolickie zabobony.
Ale mówiąc to złapał na wszelki wypadek za dyndający na piersi krzyżyk, który ukrywał przed kumplami. Krzyżyk nie był odwrócony.

 



***
To był gorący dzień w piekle.
Szatan siedział przy biurku, co rusz poluzowując krawat. Odkąd przytył, strasznie ciężko było mu wytrzymać w robocie. Ale jak jest się szefem, to co można zrobić - wolnego nie ma. Oprócz tego, słabo stał ostatnio z duszami, a wpisywanie do rejestru ateistów nudziło go okropnie. Żadnego przyzwoitego seryjnego mordercy, zbrodniarza wojennego, tyrana i dyktatora. Gdzie Dżinigis Chan, albo choć jakiś Hitler czy Stalin?
No i jeszcze ten upierdliwy służbista w "Dziewiątce", który podkręcał temperaturę o 900 tys. stopni co minutę. Niech go diabli!
Pocieszały go tylko malutkie sukcesiki, ot błahostki codziennego dnia pracy. A to USA kogoś tam najechało w obronie Wolnego Świata, a to Muzułmanie ukamienowali pobratymca za małżeństwo niezgodne z szariatem. O, a to co? Festiwal w Polsce, doszedł do skutku, sataniści...O!
Złapał za telefon i warknął krótko „do mnie!"
W czasie krótszym niż ostatnie westchnienie grzesznika stał przed nim Boruta.
- Ta, szefie - zapytał ze spojrzeniem, które zdradzało dwie bezgraniczne rzeczy: głupotę i uwielbienie.
- Ten festiwal to u ciebie? - zapytał oschle Szatan.
- U mnie, wielka impreza, The Thorn, Acid Drinkers, Rootwater, Trauma -czołówka metalu...- zaczął pieczołowicie wymieniać pomagier.
- ...dobra, dobra - przerwał mu szef. - Ofiary w ludziach, czarne msze, zbiorowe gwałty?
- Errr, no, nie, raczej nie... - Boruta zwinął się w kłębek. Wiedział czym grozi złość szefa, do tej pory ludzie zastanawiają się, co to za wybuch zgładził dinozaury.
- Kota choć, kurde, zjedli?! - zapytał rozgniewany Książe Ciemności. Na północnej półkuli właśnie zdarzyły się dwa trzęsienia ziemi.
- Nnnniiiee - pisnął diabeł i prawie zniknął. Spodziewał się najgorszego.
- Czyli co, żadnego prawdziwego wyznawcy, sami niedzielni sataniści, jak ten ciota, LaVey? - grzmiał Szatan. W tej samej chwili w Japonii wybuchł wulkan.
Boruta tylko pokręcił głową, choć nie było tego widać, gdyż był mniejszy od ucha igielnego.
Zamiast eksplozji gniewu i furii, Szatan westchnął ciężko i usiadł z powrotem, syknąwszy z bólu. Dokuczały mu hemoroidy.
- Trudno, przynajmniej pokazali moje logo - stwierdził z rezygnacją. A do wychodzącego szparą pod drzwiami Boruty krzyknął:
- I podnieść temperaturę na ósmym kręgu. Nie są tu na wczasach w Islandii! Rozpieszcza ich ten Rokita!
Zza drzwi dało się słyszeć malutkie i cichutkie „ta jest, szefie".

* Festiwal S'thrash'ydło odbył się w sobotę 9 sierpnia w Ciechanowie na Błoniach Zamku Książąt Mazowieckich.
Zagrali The Thorn, Acid Drinkers, Rootwater, Trauma, Pandemonium, Squash Bowels, Dragon's Eye, Neyra, Smirnoff, Headbanger (PL) oraz Siepacz
** Cytaty z "Rzeczpospolitej": "Satanizm dobrze się sprzedaje" i "Przystanek Szatan?" z 8 sierpnia 2008 r. i strony www.fatimska.pl

skomentuj (4)

Wpis na blogu: sztuk jeden 2008-06-18 10:24:09

Aby zapobiec lukom publikacyjnym zdaję szybką relację z ostatnich wydarzeń.
Przede wszystkim: pracuję dużo i ciężko, ni dnia wytchnienia, ni spoczynku chwili. Traci przez to moje życie społeczne i kulturalne, a być może i pozagrobowe, o ile na jakiejś bym liczył.
Niczego nowego nie czytam i brak lektury głębszej niż stronice mojego dziennika zaczyna mi doskwierać. Mimo wszystko Kurier Lubelski to nie np. Bułhakow, choć staram się jak mogę.
Wszyscy zdrowi, dziękuję.
Kot pozostał żwawy, krnąbrny i sczerniał tylko nieco, zmieniając niemowlęcy puch na sierść co się zowie, ku mej i małżonki uciesze.
Małżonka również pozostała krnąbrna, o tym, żeby miała zmieniać sierść nic mi nie wiadomo.
Ostatnie wydarzenia sportowe mnie dobiły i ciężko się po nich podnieść. Mówię tu naturalnie o Euro 2008, które nam wszystkim odbija się potężną czkawką. W dzień po przegranej Polaków z Niemcami, w kraju spadła wydajność pracowników przez co straciliśmy 50 mln euro. Strach pomyśleć co będzie, gdy ekonomiści podliczą wszystkie dane po występie naszej reprezentacji. Być może, okaże się, że lepiej było tam naszym nie jechać. Z punktu widzenia fachowców od gospodarki, rzecz jasna.
Muzycznie: prawie wyłącznie jazz spod znaku Charliego Hadena i  Johna Coltrane'a. Zasłuchuję się też w Rachmaninowie w wykonaniu Horovitza (Koncert fortepianowy nr 3). Wielka moc, wielka.
Filmowo: "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda". Zdjęcia cud, muzyka cud, aktorstwo nieprzeciętne  - czegóż chcieć więcej?
Nie lubię p. Pospieszalskiego. Wciąż. Szkoda jednak, że nie puszczają "Warto rozmawiać" rano. Żadna kawa tak mnie nie nakręca, jak pseudoobiektywizm tego pseudodziennikarza.
Et voila!
Lakonicznie, to lakonicznie, ale wpis jest. O! A to nieświętej pamięci Jesse James:

Jesse James w trumnie.

skomentuj (1)

Śp. Zaiks 2008-06-03 11:37:54

Mahoń. No, prawie...
Srebrny deszcz bezlitośnie siekł powietrze, bębniąc w wieko trumny i baldachimy parasoli. Zebrani żałobnicy posępnie spoglądali na mahoniowe pudło, w którym spoczywał ich wieloletni druh i opiekun ZAiKS. Tremolo kropel wprawiało ich w przyjemne odrętwienie. Stali z półotwartymi ustami, przypominając wszystko tylko nie istoty rozumne. Za nic nie powiedziałbyś, że to zastępcy prezesa, dyrektorzy marketingowi, pracownicy administracyjni. Wyglądali raczej jak stado odzianych w garnitury leniwców.
Stupor chrząknięciem przerwał ksiądz proboszcz. Duży, postawny mężczyzna zamknął oczy i uniósł okrągły podbródek, jakby szukał natchnienia do mowy pożegnalnej.
- Zebraliśmy się tu, aby pożegnać ZAiKS-a, dla wielu z was: przyjaciela, pracodawcę, żywiciela... Był ostoją wielu prezesom i ich zastępcom, podstarzałym artystom estradowym, sekretarkom, mniej i bardziej zdolnym tekściarzom, mniej i bardziej chciwym menedżerom...
Głośne kichnięcie jednego z leniwców wytrąciło proboszcza z rytmu.
- ...i, eee, ekhm, żegnamy ZAiKS-a. Wszyscy wiemy, kto stoi za jego śmiercią. Jakie były przyczyny zgonu - kontynuował proboszcz. - Któż z nas, maluczkich, wytrzymałby ciężar 300 mln zł zaległych podatków? Któż nas nie ugiąłby się pod tym brzemieniem? Kiedy mówiono: „ZAiKS jest non profit”, nie wierzył nikt. Kiedy tłumaczono: „Jest podstawą polskiej kultury i dba tylko o jej dobro”, nie wierzył nikt. Śmiano się. Szydzono. Że źle zarządzany, że nie nadąża za czasami, że skostniałą organizacja nie potrafi już dbać o interesy artystów, a zajmuje się już tylko zarządzaniem samą sobą.
Zrobił pauzę dla podkreślenia nastroju i zwiększenia dynamiki wypowiedzi. Spuścił ciężko głowę na piersi i pokręcił nią, jakby w nawiązaniu do tych kalumnii. Był dobry w tym, co robił, a reakcja zebranych to potwierdzała. Wszyscy, zamiast na dół z trumną, patrzyli na niego.
Podjął temat na nowo. Deszcz zaczął niemiłosiernie lać.
- Lecz odpowiedzmy tym, którzy rzucali mu kłody. Odkrzyknijmy: 90 lat tradycji to nic? Lata wspierania polskiej muzyki, co zaowocowało tysiącami wspaniałych festiwali i milionami genialnych piosenek, a przede wszystkim milionami na kontach prezesów...
Leniwce nagle poderwały głowy. Gdyby były końmi, zastrzygłyby uszami. Proboszcz zreflektował się szybko i naprawił pomyłkę:
- Brakującymi, oczywiście.
Towarzystwo uśmiechnęło się z aprobatą. Naprawdę, ksiądz był fachowcem.
- A co do tego, że nasz druh nie szedł z czasem? Czyżby? A kto wymyślił nowoczesną formę protestu w postaci koncertu gwiazd polskiej estrady? Nawet Doda zaśpiewała na nim swój protest song "Nie zabierajcie nam ZAiKS-a do grobowca, la, la, la, la, la", a Markowski na Rejtana rzucił się pod nogi ochroniarzy, śpiewając "Chcemy być z Tobą, chcemy być z Tobą, ZAiKS!!!". Może nie było to mądre, ale jak pięknie o nim świadczy - ksiądz musiał schronić się głębiej pod parasol trzymany przez ministranta, bo deszcz zamienił się w oberwanie chmury. - No i kto w końcu wymyślił, żeby kasę ściągać od artystów ludowych, wszystkich po równo, mimo że złamanego grosza większości nie płacił, kto?! Z pewnością słowa te w innych okolicznościach przyrody zrobiłyby na leniwcach większe wrażenie, ale ulewa spowodowała, że właśnie pospiesznie zbierali się do samochodów. Każdy z nich przeżegnał się niedbale, postawił kołnierz i wziął nogi za pas.
Na placu boju pozostał tylko ksiądz, który szybko zmówił modlitwę, zerkając co rusz w górę na czarne jak mahoń trumny chmury, jego przemoknięty ministrant, grabarze, którzy wzięli się do zasypywania grobu mokrą gliną, i niezauważony do tej pory chór gospodyń wiejskich. Odkąd żegnany był zszedł, nie musiały już płacić mu składek, więc przyjechały z wdzięczności coś zaśpiewać.
Zaczęły smutną, tęskną pieśń, a wtórował im huk ulewy i ponure unisono łopat grabarzy.

Umarł ZAiKS, umarł,
Już więcej nie wstanie,
Zmówmy zań pobożne
Wieczne spoczywanie.
Oj, bo to był chłopak grzeczny,
Szkoda tylko, że nie wieczny.
Oj dana, dana, dana, dana, dana.
Położyli ZAiKS-a
Na sam środek wioski,
Zeszli się do niego
Kmotrzy i kumoszki.
Już nikt mu nie dopomoże,
Bo nam ZAiKS zmarł, niebożę!
Oj dana, dana, dana, dana, dana.
Umarł ZAiKS, umarł,
Już leży na desce...
Gdyby mu zagrali,
Podskoczyłby jeszcze.
Bo w ZAiKS-ie taka dusza,
Gdy zagrają, to się rusza.

skomentuj (3)

Głupoto, dodaj mi skrzydeł! 2008-05-12 12:07:55



Co i rusz nadarza mi się sposobność obcowania z czymś wielkim, niepojętym, metafizycznym, czymś, co zdaniem Franka Zappy zapełnia wszechświat w większej ilości niż wodór, czymś, co tak pięknie w XVI w. spersonifikował Erazm z Rotterdamu w swym, wiekopomnym dziele, a Oscar Wilde nazwał jedynym grzechem - ludzką głupotą.
Głupota fascynuje mnie niczym programy przyrodnicze. Mógłbym o niej słuchać godzinami.

Wkraczając na te niezbadane i nieskończone jak uniwersum terytorium należy być niezwykle rozważnym. Nieuważny krok i stoczymy się w otchłań umysłowych aberracji, kretynizmów i imbecylizmów, a to jest nie dość, że niebezpieczne, to nie przynosi radości.
 Głupota najlepiej smakuje podana na zimno, w małych porcjach, z szyderczym komentarzem jako aperitif.
Dawkuję ją sobie codziennie, jak każdy z nas zresztą. Z tym, że niektórzy puszczają ją mimo uszu i oczu. Ja się rozsmakowuje. Cieszy mnie każda drobnostka, każda głupotka, a tych doprawdy nie brak w naszym kraju.

No choćby pierwszy z brzegu przepis Narodowego Centrum Krwiodawstwa, które gejom zakazuje oddawania krwi. Myślałem do tej pory, że strasznie nam tej krwi w szpitalach brak, przez co transfuzje często nie dochodzą do skutku, ale co ja tam wiem! Najwidoczniej mamy tej polskiej, prawdziwej, czerwonej, heteroseksualnej krwi tak dużo, że żadnych tam pedalskich soków życiowych nam nie trza. I już! Najwidoczniej polscy fachowcy mają jakąś tajemną wiedzę na temat hematologii i sądzą, że ta hetero ma jakieś lepsze właściwości od tej homo. Przejrzałem internet i nic takiego nie znalazłem (oprócz mało fachowych portali medyczno-skinheadowskich), ale może chodzi o to, że ozdrowieniec po przelewie krwi może się jakimiś skłonnościami zarazić? Różne teorie już słyszałem, więc i to mnie nie zdziwi.
 Inna egzemplifikacja: ostatnio z dziką rozkoszą podczytuję sobie pewien blog, pewnego recenzenta muzycznego, który przez pewnego znajomego został okrzyknięty "Benny Hillem polskiej krytyki muzycznej". Pan Andrzej Buda jest doktorantem na wydziale fizyki i domorosłym znawcą hip hopu i muzyki w ogóle. Ma przy tym bardzo specyficzne kryteria: Pinnawella (jedna z pań Przybysz z Sistars) oberwała za "niesłowiańskie harmonie:, a jej wydawca, Sony, za to, że nie ma polskiego kapitału. Bobowi Dylanowi dostało sie za żydowskie pochodzenie (ponoć imć Wydra z nim wygrywa o dziesięć długości), zaś ci, co go promowali to "semickie środowiska muzyczne", a Łona za złe poglądy polityczne (imć Buda głosuje na Korwina-Mikkego). Przykładów można by mnożyć, jakby co to zachęcam do rozrywki TU

Mam też co nieco z - dosłownie - swojego podwórka. Choćby milusińskich sąsiadach o gołębich sercach, którzy w tych serc odruchu dokarmiają gołębie. To nic, że tuż obok jest specjalnie przeznaczone do tego miejsce. To nic, że niektóre z tych ptaków ledwo tyłek od ziemi odrywają - tak są spasione, to nic, że ja przez to mam balkon zasrany niczym płótna Pollocka. Ważne, że jest się czym zająć. Nie żebym miał coś do gołębi (każdy zwierz jest mi bliski, nawet pchłę bym do serca przytulił, "wszak to też istota), albo emerytów (rozumiem, że w tym wieku trudno o rozrywkę lepszą niż Radio Co Ma Ryja i "Jak oni się mają?"), ale co za dużo, to...i gołąb nie zeżre.

A na koniec mam spostrzeżenia pewnego profesora z pewnego programu publicystycznego Tefałpe Jeden, poświęconego feminizmowi
Pani polemistka, feministka:
- Wiele polskich kobiet doznaje przemocy fizycznej w domach, mówią o tym statystyki...
Pan profesor, niefeminista:
- To trzeba było za takiego nie wychodzić!
Et voila!
Proste? Proste! Jak dobrze jest umieć łatwo załatwiać sprawy!

skomentuj (2)
Księga Gości
Last.fm
Mój profil.Ten lepszy profil.

Ścisła współpraca
Blog esensyjny
Glissando
Indpendent
Racjonalista
Diapazon
Esensja

przyjaciele
Szpinacz
fridgebuzz
Kamol

obraz ruchomy
Zodiak David Fincher
Grindhouse Tarantino/Rodriguez
Friends

słowo
Umberto Eco Sześć przechadzek po lesie fikcji
James Trefil 1001 spotkań z nauką
Noam Chomsky Rok 501: konkwista trwa

wizje
Sister Wendy's American Collection
Tomer Hanuka
sodaplay jakby się komuś nudziło...

dźwięki
Patrick Watson Close To Paradise
Maria Schneider Orchestra Allegresse
Giovanni Pergolesi Stabat Mater